O powstaniu Czerwonego Atramentu w Płocku wiedziałam od dawna i od dawna się do nich wybierałam. Zaostrzały mój apetyt zdjęcia na Facebooku, potem przypomniał mi o nich Filip Springer w „Miasto Archipelag”. Kiedy miesiąc temu napisał Krzysztof the Szef i zaprosił mnie na pierwsze urodziny księgarni wiedziałam, że tym razem nic mi w wycieczce do Płocka nie przeszkodzi.

W Płocku owszem bywałam wcześniej i lubię to miasto, bo kojarzy mi się z plażą, muzyką i uśmiechniętymi ludźmi (pozdrawiam old Reggaeland Crew), ale muszę uczciwie napisać: w styczniu nie jest tam najładniej. Szarawo, zimnawo i pustawo. Wejście do Czerwonego Atramentu było więc jak nagłe przytulenie. W środku było ciepło, jasno i pachniało kawą. Tak tam po prostu jest. Krzysztof i Magda są super gospodarzami: zziębnięci podróżni (ja i Motyle Książkowe) natychmiast dostali wybornego chemexa i cynamonowe bułeczki, a the Szef zaczął opowiadać o małej wiosce w Etiopii, w której przy domach rosną kawowce. To z ich ziaren powstał stawiający nas na nogi napój. Właściciele Czerwonego Atramentu bowiem mają dwie pasje: literaturę i dobrą kawę (fun fact: to jedyna w Europie księgarnia z kawami speciality. Także chyba warto wpaść).

I tu rodzi się pytanie: kto otwiera w niewielkim mieście księgarnię z wymagającą literaturą i do tego kawiarnię z „dziwną” kawą do której nie ma nawet mleka i cukru? Czy to ptak? Czy to samolot? Nie! To Krzysztof Krzesimir Blinkiewicz. Lat 28, ex-dziennikarz płockiej gazety, wielbiciel kaszkietów i najodważniejszy gość w mieście.

Ja trafiłam do nich w urodziny, więc ludzi był tłum. Wszyscy przynosili prezenty, ciasta, kwiaty i ściskali Krzysia i Magdę (jego super dziewczynę i „ciocię” od wtorkowych czytanek dla najmłodszych) na potęgę. Przyjechaliśmy my z Warszawy, przyjechali goście z Częstochowy, przyjechał Mariusz Szczygieł, przyjechał Adam z palarni „Czarny Deszcz” ze swoja piękną dziewczyną i jeszcze masa innych, cudownych osób (nawet lokalny Tomek przyniósł salceson w darach). Od rana do późnej nocy w księgarni był tłok i rwetes. Dripy, chemexy i aeropresy lały się strugami (potem wjechało jeszcze lokalne piwo uwarzone w księgarni na bazie ich kawy i też się polało strugą). Gwiazdę wieczoru – Mariusza Szczygła w Płocku tak kochają, że podczas spotkania z nim nie można było wcisnąć do Atramentu nawet szpilki, a wszyscy i tak bawili się świetnie. Nie było tlenu, nie było miejsca, był za to szczery śmiech (ach ten Pan Mariusz!) i rozmowy o życiowych prawdach.

Generalnie: było wspaniale.

Rano wróciłam do Atramentu na śniadanie z ekipą księgarni, żeby porobić zdjęcia i przejrzeć półki. Śniadanie było królewskie: pasztet, kabanosy, ser topiony i pyszne dżemy domowej roboty (w tym smażone zielone pomidory – serio!), a zdjęcia jak zwykle nie oddają uroku tego miejsca.

Za to na półkach sytuacja jest taka: można zwariować z radości i pożądania. Jest tu wszystko, co chciałabym sobie kupić (z racji biedy styczniowej kupiłam tylko „Jak pokochać centra handlowe” Natalii Fiedorczuk-Cieślak) i jeszcze kilka rzeczy o których istnieniu w ogóle nie wiedziałam np. książki wydawnictwa Afera i przepięknie wydany album o Armenii Springera i Łuczaka – „11.41”. Nie znajdziecie tu za to TOP 10 z empiku, bo dla Krzysztofa najważniejsza jest jakość. Dba też o to, żeby w jego księgarni działo się dużo rzeczy ciekawych i pobudzających. Są koncerty, spotkania, teatry, cuppingi i czytanki dla dzieci. We wrześniu jest 30 dni, a imprez było 31! Chyba nikt teraz nie powie, że w Płocku nic się nie dzieje. Parząc wymagające kawy i sprzedając dobre książki chce edukować płoczczan. Czy zarobiłby więcej na flat white i najnowszej książce Bondy? Pewnie tak, ale najpiękniejsze jest to, że on tego nie chce. Jego konsekwencja i to, jak prowadzi Czerwony Atrament powodują, że chciałabym postawić go za wzór i pokazywać księgarzom z całej Polski mówiąc: Czego się boicie? Nie bójcie się! Bądźcie jak Krzysztof.

Każdego, kto będzie w Płocku gorąco namawiam do odwiedzenia bramy przy Kolegialnej 4. Każdego mieszkańca miasta namawiam: wspierajcie lokalny biznes. Ja do Atramentu wracam jak tylko wyjdą przebiśniegi i będzie można usiąść w ogródku, bo z ekipą księgarnianą (Magda! Ola! Irek!) o książkach można gadać godzinami. Do tego sam the Szef jest znakomitym gawędziarzem i potrafi równie barwnie opowiadać o dziko rosnących krzewach kawy na afrykańskim zboczu, co o, nie mniej egzotycznych, sąsiadach księgarni. Miasto Płock ma wielki skarb i mam nadzieję, że będzie o niego należycie dbało. A wy kochajcie księgarzy!

Czerwony Atrament 

ul. Kolegialna 4, Płock

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s