Joanna Lech

17193864_1772022029490009_1673797825_oOd razu napomknę, że księgarnia dla pisarzy to nie jest taki zwykły sklep. Nie jest ważny tylko dlatego, że z książkami. To też, ale bynajmniej nie chodzi o te witryny z nowościami wydawniczymi ułożonymi równiutko za szybą, na pokuszenie przechodzącego, jak wyselekcjonowane delikatesy w supermarkecie. Nie chodzi też o rzędy półek uginających się od zakurzonego dobra, o tomy i tomiszcze porozkładane wszędzie dookoła w zasięgu wzroku i co gorzej, naszych rąk. Księgarnia dla moli książkowych to nie miejsce, gdzie się książki tylko kupuje. Bo tak, może i łatwiej i taniej nabywa się przez internet. Tak, może i łatwej i taniej czyta się książki na czytnikach. Ale taka księgarnia to dla wszelkich nas, papierowych zwyrodnialców i zginaczy stron to jest istny plac zabaw.

Nigdy nie zrozumiem tych, którzy na małe księgarnie narzekają, że komercja, że sprzedajność, że strategia przetrwania kosztem czytelników, że podążanie za modą, że postawili stoliki z palet i zamiast znakomitego wyboru lektury podają teraz doskonały wybór kawy. (A sytuacja tych księgarenek nie jest wesoła. Nie zaskoczyło mnie specjalnie, gdy jakiś czas temu właściciel jednej z pomniejszych wyznał, że sklep z książkami utrzymuje się nie ze sprzedaży książek, nie z płatnych szkoleń, nie z biletów na koncerty, nawet nie z kawy, ale! Nawet nie z piwa! Cały zysk pochodzi z ciast, które on sam piecze, nocami; cóż, jeśli akurat nie przynosi strat.)

A przecież znowu – jedno drugiemu wcale nie szkodzi, ba! Wręcz przeciwnie. Tylko to, że wisi szyld „kawiarenka” daje nam, obłąkanym bibliofilom pretekst, żeby w takich miejscach wysiadywać godzinami, żłopać dawno wystygłe latte w największej możliwej filiżance i wcale nie po kryjomu przeglądać, macać i przytulać się do regałów. Czytać, ale po kilka rzeczy naraz; ostatecznie obudowując się dookoła swojego fotelika tomami jak cegiełkami tekturowego igloo przeciwko zimie, smogowi i całej ciemności świata.

Bo dobra księgarnia to trochę też hotel dla zmęczonych umysłów. I takim miejscem, gdzie można się łatwo zasiedzieć jest na pewno Massolit, kojarzony najczęściej z turystyczną ciekawostką i organizacją anglojęzycznych dyskusji, a jest miejscem przytulnym i złowieszczo zachęcającym do długiego przesiadywania nad laptopem, wyszukiwania w zbiorach najdziwniejszych rzeczy (tak szerokiego combo literatury żydowskiej, studiów azjatyckich, a nawet myśli feministycznej to nie ma chyba nigdzie na świecie!) i przeglądania ich podczas zalegania w pozycjach raczej półleżących na różnych miękkich powierzchniach.

Dobra księgarnia to także ludzie, którzy w niej bywają i pracują. Może przede wszystkim. To w pełni skoordynowane Centrum Obsługi Marudnego Klienta. Swawola, ale i spokój. Księgarze, którzy, tak jak w kazimierskim Lokatorze czujnie zerkają znad swoich okładek, którzy, gdy tego potrzebujesz, zostawią cię na pastwę powolnego szurania, ale zawsze są w gotowości, by na każdy ślad zawahania podejść i doradzić w wyborze wszystkich tych książek, których nie znalazłaś i tych, których nawet nie wiedziałaś, że szukasz. I tych, których wcale nie zamierzałaś kupić, a które, jak się okaże, właśnie bardzo potrzebowałaś przeczytać.

Tak trochę inaczej, bo z ulicy się wpada do Lokatora, z buta, po drodze, więc raczej w pospiechu, ale przechodząc nie sposób nie wpaść w sprytnie zastawione pułapki: palona kawa, szmer rozmów, książki rozłożone głównie poziomo, nie półkowo, w czworokątach wabiących od wejścia, z niezłym wyborem nie tylko polskich reportaży, nie tylko książek artystycznych, nie tylko wyszukanej dobrze poezji, o tak, jest tam o wiele więcej, wiele więcej, bo przecież ciężko odkryć, gdy wiecznie wybiega się stamtąd haniebnie spóźnioną na każde spotkania…

Tak, bo dobra księgarnia to także życie, które oferuje, to ferment głosów i głów, znakomite spotkania autorskie. Jak w sali wydzielonej, dla wygody innych moli książkowych, którzy akurat nie reflektują udziału w dyskusji, jak to jest w De Revolutionibus. Miejsce poznane przeze mnie właśnie przez organizowane tam wydarzenia, a kameralne, położone ciut na uboczu, przynajmniej moich dróg. Tak, że trzeba tam specjalnie, z jakiegoś powodu, rowerem, przebijając się zygzakiem przez tłum turystów na rynku, ale przecież warto i trzeba wpaść i zostać przed i po spotkaniu. Przejrzeć trzeba te wszystkie nowości, wystawione w  gablocie „księgarze polecają” tytuły pochodzące z niszowych wydawnictw, o których się akurat, dopiero co słyszało. I trzeba wpaść jeszcze potem i stale i wracać, żeby wyszperać na półkach to, czego na pewno nie ma w Empikach, albo to, czego się poprzednim razem nie doszukało. Bo nigdy nie ma wystarczająco dużo czasu. I nie będzie nigdy wystarczająco dużo książek. Nigdy nie skończy się ta tułaczka.

I dlatego właśnie są nam niezbędne księgarenkowe place zabaw. Chwała tym skromnym, ciepłym sklepikom, oby nam żyły jak najdłużej. I nie tylko z ciasta. Niech żyją z nas, staromodnych czytelników, którzy nie mogliby długo egzystować pod rażącymi lampami komercyjnych molochów, gdzie tylko foremki do muffinek i brukowa prasa. Niech żyją z nas, przygarbionych moli książkowych, którzy wciąż jeszcze wchodzą między regały z rozbieganym wzrokiem jak dzieciaki, co to wskakują do basenu z kolorowymi piłeczkami. Niechaj nam żyją wiecznie. Niechże nam przetrwają. Bo gdzie indziej się wtedy podziejemy?

 

 

 

 

Aleksandra Zielińska

13659030_1215283378484884_3489362129401551655_nKsięgarnia to przede wszystkim księgarki i księgarze, bo wiadomo – mury i wnętrza swoją drogą, ale najważniejsi są ludzie, którzy do tych murów i wnętrz zapraszają. Nic nie zastąpi życzliwej osoby, która w mig odgadnie Twoje potrzeby czytelnicze i bezbłędnie wskaże Ci nowość lub klasykę, których szukasz, nawet jeśli jeszcze o tym nie wiesz.

W moim przypadku największą rolę odegrała Basia Cichy z księgarni De Revolutionibus przy ulicy Brackiej w smutnym mieście Kraków. Od tej pory to miejsce traktuję jako swoje, bo jest tu wszystko czego szukają tacy czytelnicy jak ja. Poza tym do księgarni mam stosunek sentymentalny, ponieważ silnie związała się z moją drogą zawodową.

Parę lat temu to właśnie w De Revolutionibus odbyło się moje pierwsze krakowskie spotkanie autorskie (a nawet jedno z pierwszych w życiu!). Razem z Kubą Wojtaszczykiem
i Lilianą Hermetz odwiedzaliśmy różne miasta na mapie Polski i próbowaliśmy opowiadać, jak to jest debiutować i przeżyć. De Revolutionibus wraz z Basią przywitali nas z sympatią. Wróciłam tam parę miesięcy temu, by w ramach obchodów urodzin Miesięcznika Znak porozmawiać o roli opowiadań na rynku literackim i samej potrzebie opowiadania. Przestrzeń księgarni jest bardzo otwarta na wszelkiego rodzaju dyskusje nie tylko o literaturze, ale również o filozofii i wielu innych aspektach życia. Ta chęć nawiązania dialogu jest bardzo cenna i wiem, że zawsze warto wpaść na spotkania do De Revo, bo wynosi się z nich nowe, niezwykłe doświadczenia.

Księgarze z Brackiej doskonale dbają o zaopatrzenie w najlepszą i różnorodną literaturę. Na regałach znajdziemy wszystko – od prozy polskiej i zagranicznej przez albumy, aż po szeroki wybór reportażu czy literatury popularnonaukowej. Na uwagę zasługuje świetnie zaopatrzony dział poezji, często też tej trudno dostępnej. A jeśli czegoś nie ma na półce,to księgarze ruszą niebo i ziemię,  by sprowadzić Ci wymarzoną pozycję. Dla mnie bardzo ważny jest dział z książkami dla dzieci. Moim niespełnionym marzeniem jest właśnie zrobienie takiej książki, więc często można spotkać mnie pośród dzieciaków, gdy przeglądam bajki i szukam inspiracji.

No właśnie, De Revolutionibus to również miejsce spotkań. Można wyrwać się od zgiełku turystów i kwiaciarek, aby po prostu usiąść w ciszy i poczytać lub popisać. Czas umilają delikatesy z części kawiarnianej. Moja słabość do ciast powoli staje się anegdotyczna, więc z miejsca polecę lokalną szarlotkę lub brownie. Przetestowałam prawie wszystko z karty!

Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak polecić odwiedziny w De Revolutionibus, albo każdej innej kameralnej księgarni, którą macie za rogiem. Naprawdę, nic nie zastąpi chwili rozmowy z księgarką lub księgarzem, który czyta i potrafi doradzić, jaka książka z gąszczu grzbietów na półkach najlepiej nam przypasuje.

Zdjęcie autorki made by Krystian Lipiec.

 

Kuba Wojtaszczyk

14191669_1197489403605066_49778812_o

Bookowski. Księgarnia w Zamku

Księgarnia to dla mnie miejsce szczególne. To nie tylko cztery ściany zapchane „wszystkimi książkami świata”, to miejsce, jak najbardziej laickie (w witrynach i na kubikach nie straszy brunatna prawica i nachalna promocja katolicyzmu), to w końcu – a raczej przede wszystkim – księgarki i księgarze, którzy znają się na tym, co robią i CZYTAJĄ, a to wcale nie jest takie oczywiste.

W Poznaniu mam takie miejsce. Zwie się ono Bookowski. Księgarnia w Zamku, a to z tego względu, że znajduje się na drugim piętrze Centrum Kultury „Zamek”, ex-hitlerowskiej siedzibie, a obecnie najprężniej działającej kulturalnej instytucji w mieście (Bookowski – wiadomo). Księgarnię założyła Maria Krześlak-Kandziora, która o książkach wie dużo, tyle też czyta. Na pewno pomaga również fakt, że Marysia nie jest damą w tiulach, dla której nowość to „Dom dzienny, dom nocny” (co nie oznacza, że tej książki nie ceni), a praca księgarza równa się wiecznemu narzekaniu na nie czytających. No nie.

W Bookowskim nie ma wszystkich książek, bo Maria je starannie wybiera, z pewnym niedowierzaniem podchodzi do wszelkich bestsellerów. Woli na półce postawić Jane Bowles, niż epicką powieść rozpisaną na dwa kontynenty. Oczywiście jest otwarta na opinie czytelników, ale jak nie za bardzo podoba jej się ich wybór, to zamówi na specjalne życzenie. Tak, jak wspomniałem Marysia dużo czyta, a znając czytelnika potrafi niezdecydowanemu doradzić. Pomyśleć, że być może bez niej pomocy nie poznałbym powieści Cormaca McCarthy’ego. Kiedyś wpadłem do niej, jeszcze na początku działalności Bookowskiego, i łaziłem od półki do półki. A ona wyjęła „Krwawy południk” i mówi, że to to. I faktycznie! Mój ulubiony pisarz, forever and ever.

Są jeszcze spotkania! Nie tylko plotki w kuluarach, ale spotkania autorskie, które Maria często prowadzi. A w tym jest równie świetna. Anegdoty, śmichy chichy i rzetelna (psycho)analiza książki.  Bookowski często wchodzi w kooperacje z innymi podmiotami (źle to zabrzmiało). Ale skoro poznańskie księgarnie raczej widzą w sobie konkurencję, to trzeba szukać innych miejsc. Marysia współpracuje z winiarnią Pod Czarnym Kotem i bardzo często tam przenosi spotkania z Bookowskiego. A wiadomo literatura i wino to najlepsze połączenie ever!

Na koniec wspomnę jeszcze, że Bookowski to wspaniałe, acz małe, wnętrze. Minimalizm, muzyka z gramofonu, nic tylko się napawać i czytać, czytać, czytać!

fot. Kamila Kobierzyńska

Wit Szostak

12596844_1030893386969982_1569680917_o (1)De Revolutionibus

Lubię księgarnię De Revolutionibus; De Revo; DeRe. Tak skracamy w Krakowie. Żeby było szybciej. Tylko po co szybciej? Czy to nie paradoks, że ta kameralna, przytulna księgarnia, która zaprasza do spokojnego oglądania książek, nieśpiesznego przechadzania się między regałami, doczekała się wynikających z pośpiechu zdrobnień? Żeby wypowiedzieć wszystkie siedem sylab, trzeba czasu. Może to dobre ćwiczenie, może na progu księgarni, na ulicy Brackiej, trzeba przystanąć, wziąć głęboki oddech i wolno wypowiedzieć pełną nazwę. Wtedy drzwi się otworzą. Inaczej wjedziemy jak po ogień, pośpiesznie omiatając regały i pamiętając o tych wszystkich rzeczach, które zaraz i niezwłocznie musimy zrobić. De Revolutionibus, spokojnie, wolno, może nawet trzy razy. Niecierpiące zwłoki sprawy będą musiały ścierpieć zwłokę.

Książki zazwyczaj kupuję przez internet, bo szybciej. Klikam i mam. Trzy dni później listonosz przynosi paczkę, już się znamy, bo często przynosi mi paczki, dużo klikam. A ja nawet nie mam poczucia winy, że tak bezdusznie, przez sieć, kilkoma kliknięciami i trochę mi głupio, że mi tak nie wstyd. To jest chyba czas, kiedy księgarnie muszą się wymyślić na nowo. A ja muszę wymyślić się na nowo jako ich bywalec. Kiedyś wystarczyło, że były składami z książkami. Im więcej książek składowanych, tym lepiej. Teraz składy są w sieci, czyli wszędzie. I jest w nich wszystko, nawet to, czego nie ma. Zastanawiam się, co więcej może dać księgarnia naziemna, miejsce w mieście. Ale z drugiej strony łapię się na tym, że nie tędy droga. Nie więcej, ale może mniej? Mniej, a lepiej? Korzystam z internetu, kiedy wiem, co chcę kupić. Nie szukam, nie wybieram, nie przedzieram się przez setki nowości, tylko wiem. I klikam. Ale przecież nie zawsze wiem, czasem chcę się dowiedzieć, poszukać, pomarudzić. Pamiętam czasy studenckie, kiedy spędzałem w księgarniach i antykwariatach długie godziny, szukając, kartując, podczytując. Takie obcowanie z książkami buduje zupełnie inne relacje. Do dziś pamiętam, gdzie którą kupiłem, pomiędzy jakimi leżała. Te nowe, z sieci, pozostają dla mnie obce. Kupuję, odkładam na półkę, zazwyczaj nawet nie czytam. Ale mam. Tęsknię za tamtymi czasami, oczywiście kiedy mam na to trochę czasu.

W De Revolutionibus nie ma wszystkich książek. I bardzo dobrze. Tu mniej znaczy lepiej. Są starannie wyselekcjonowane, przesiane. Każda z nich to zaproszenie do innej przygody i obietnica. Tysiące nowości niczego nie obiecują poza chaosem. A tu pojawiają się publikacje niewielkich oficyn, bez krzykliwych blurbów i medialnych anonsów. Dlatego ważne jest, kto trzyma sito. Nierozważny wraz z plewami może rzucić na wiatr cenne ziarna. A w De Revolutionibus jest wszystko, co być powinno. Ufam paniom, które dzierżą sito. I nie dlatego, że na półkach znajduję książki, które sam bym bez nich wybrał. Ufam dlatego, że wynalazły tytuły, o których nie miałem pojęcia. A po przeczytaniu zrozumiałem, że źle by się stało, gdybym dalej nic o nich nie wiedział. I tak nie dotarłbym do poezji Barbary Klickiej, nie poznałbym prozy Ermisa Lafazanovskiego i kilku świetnych książek dla dzieci. Znowu pamiętam, gdzie kupiłem konkretną książkę i na której półce na mnie czekała.

Znów wpadam w pułapkę czasu: dobra księgarnia, bo zaoszczędzam czas, bo ktoś za mnie przeczytał, znalazł, rozpoznał i ja nie muszę. Ale przecież idąc do De Revolutionibus, nie myślę o oszczędzaniu czasu. Myślę o jego marnowaniu, o przechadzce między regałami, o dobrej kawie, o ciekawej rozmowie z księgarkami. Myślę o spotkaniach, wieczorach autorskich i dyskusjach, które księgarnia organizuje, tworząc miejsce, gdzie rozmawia się o książkach, spotyka autorów i wymienia idee. Myślę o tym, że wraz z głębokim oddechem i wolnym wypowiedzeniem pełnej nazwy mogę zapomnieć o czasie.

Za kilka lat znaczenie słowa „księgarnia” się zmieni. I pewnie czytelnicy nie będą w pierwszej chwili myśleć o składzie książek, ale miejscu, gdzie książki żyją. Gdzie wymyśla się na nowo obszary i sposoby, w których to życie książek jest najpełniejsze.  Dlatego kiedy będziecie w Krakowie, to idźcie koniecznie na Bracką 14, na progu weźcie głęboki oddech, powiedzcie spokojnie: „De Revolutionibus” i wejdźcie. To jedno z takich miejsc.

Łukasz A. Zaranek

KilŁukasz A. Zaranekka lat temu przyśnił mi się sen, w którym buszowałem w stertach książek, w mrocznych, pachnących starym papierem otchłaniach antykwariatu.
Od tego momentu moje życie zmieniło się nie do poznania. Jednym z priorytetów od tego momentu było znalezienie się w takim miejscu i poczucie tego klimatu. Jako, że los zesłał moje jestestwo w miejsce, gdzie nie tylko nie ma kina, teatru, czy handlowych galerii, a cały urbanistyczny pejzaż zamyka się w trzech sklepikach, kościele, szkole podstawowej i remizie strażackiej (a to wszystko przy dwóch ulicach!), moje pragnienie nawarstwiało się. Z odsieczą (nieświadomie rzecz jasna) przyszedł mi właściciel niewielkiego (wtenczas) antykwariatu, który zaprosił mnie na spotkanie autorskie (było to po wydaniu „Nadyi”). Wtedy to okazało się, że sen, który przed laty tak mocno wrył się w moją pamięć stał się faktem. Nie znaczy to, rzecz jasna, że było to profetyczne objawienie. Od tamtej pory minęło kilka lat. Aktualnie Antykwariat Mały Książek mieści się w Poznaniu w zacisznym miejscu niedaleko Rynku, co stanowi dodatkowy atut. Wnętrze przepełnione jest zapachem papieru, który od dziesięcioleci stykał się z ludzkimi dłońmi i oczami, w którego barwach zapisane są historie, mądrości i sylwetki ludzi, których w znakomitej większości już nie ma. Zakupy zawsze wiążą się z wydatkami, te w Antykwariacie są przyjemnością samą w sobie, a szlachetność i profesjonalizm pana Antykwariusza stoją na najwyższym poziomie.
Książki są Towarem na najwyższym miejscu mojej listy zakupów. Te najczęściej dokonywane są przeze mnie w Internecie, lecz raz po raz przychodzi ochota, aby zanurzyć się w przebogaty księgozbiór Małego Książka i przeżyć dokładnie to samo, co przeżyło się za pierwszym razem wstępując w jego progi. Wizyta w Antykwariacie Za Bramką 9/1 to wciąż powtarzające się spełnienie snu.
A my przypominamy, że nas też Mały Książkek zachwycił, a efekty tego zachwytu możecie przeczytać TUTAJ

Sławomir Shuty

s_shutyJestem zadeklarowanym domatorem i naturalizowanym wieśniakiem.

Najchętniej spędzam czas w pracowni czyli mieszkaniu, blisko własnej biblioteczki, bądź w chacie na wsi. Książki kupuję zazwyczaj w internecie, co nie znaczy, że nie bywam w księgarniach. Bywam w księgarniach, ale jak każdy przeciętny socjopata, nie mam zwyczaju spędzać w nich czasu, czy to wertując książkę, czy popijając kawkę. Kawy praktycznie nie pijam, odradził mi to tybetański lekarz, ale już przed rozmową z nim wiedziałem, że to rozrywka nie dla mnie. Po kawie dręczyła mnie pewna smutna przypadłość, o której wolałbym nie wspominać, a zainteresowanych odesłać do mojej ostatniej książki „Dziewięćdziesiąte”. Z racji powyższego oraz tego, że Korporacja Ha!art jest moim wydawcą, to właśnie w prowadzonej przez nią księgarni, mieszczącej się w krakowskim Bunkrze Sztuki, bywam najczęściej.

Ha!art to niewielka, ale prężnie działająca oficyna, nie boi się eksperymentów i wydaje często rzeczy kontrowersyjne, zachowując przy tym apolityczność. Wielu autorów współczesnej sceny literackiej, właśnie tu publikowało swoje pierwsze książki. Niestety księgarnia nie serwuje napojów i ciast, ale z tego co wiem, można przynieść własny prowiant i skonsumować na kanapie. Zdarzyło mi się kilka razy tak zrobić i nikt nie zwrócił mi uwagi, choć z kanapek wylewał się sos brudząc powierzchnię siedziska.

Sylwia Chutnik

22078_276506691197_545389_n
fot. A. Grzelewska

Dzień dobry, bardzo potrzebna inicjatywa.

Wypowiem się krótko i dosadnie: jako absolwentka Liceum Księgarskiego zawsze byłam uczona, że książka to nie towar, a księgarnia to nie sklep. Obserwując obecne na naszym rynku molochy księgarskie” szlag mnie trafia i pulsuje żyła, jak widzę wymieszanie Tokarczuk z konewką i Białoszewskiego z błyszczykiem do ust. Pięć lat się uczyłam księgarskiego fachu, więc jak mi jakaś zblazowana persona mówi, że „nie wiem, czy jest książka i niech pani do informacji pójdzie” to wieję z molocha nawet, jeśli tego dnia nie zdobędę odpowiedniej książki. Niech się udławią tymi swoimi plakacikami i plastikowym kiczem. Stąd mam nieustający respect dla tych księgarni, gdzie jest niewiele miejsca, ale mnóstwo wiedzy i zrozumienia dla tych, którzy przychodzą myszkować między regałami. Bardzo lubię księgarnię Liber przy UW w Warszawie. Te same osoby od lat, doskonałe obeznanie w rynku księgarskim i najlepszy wybór książek naukowych oraz beletrystyki. Lubię też księgarnię Bagatela przy placu Unii Lubelskiej, chociaż ostatnio musiała przenieść się na niewygodne piętro nad kwiaciarnią. Oprócz czytelnictwa wspiera też koty. Mieszka tam jeden (mam alergię, ale trudno!), a przy kasie stoi pudełko na datki na kocie schronisko. Literatura i działania społeczne: extra! Poza tym czekam z niecierpliwością na obiecane przez burmistrza Śródmieścia zaułki antykwariatów i małych księgarni. Na preferencyjnych warunkach, z innym traktowaniem niż pięćdziesiąta filia nikomu niepotrzebnego banku.